Wchodząc do supermarketu w Warszawie czy Krakowie, coraz częściej sięgamy po półkę z żywnością roślinną. Wydaje nam się, że to automatycznie zdrowszy i czystszy wybór dla organizmu. Jednak najnowsze badania pokazują, że rzeczywistość bywa znacznie bardziej złożona – i pełna chemicznych niespodzianek.
Co tak naprawdę kryje się w etykiecie?
Naukowcy z Institute for Optimum Nutrition postanowili sprawdzić, jak roślinne alternatywy wypadają w bezpośrednim starciu z tradycyjnymi produktami. Analiza 71 par produktów – od mleka migdałowego po roślinne odpowiedniki mięsa – przyniosła wyniki, które mogą was zaskoczyć.
Okazuje się, że produkty roślinne zawierały łącznie ponad 456 dodatkowych składników w porównaniu do swoich mięsnych czy nabiałowych odpowiedników. To nie tylko kwestia ilości, ale przede wszystkim jakości tego, co trafia na nasz talerz.
Wyniki, które dają do myślenia:
- W produktach roślinnych doliczono się 199 różnych dodatków, podczas gdy w zwierzęcych było ich 100.
- Suma wszystkich składników w produktach wege wyniosła 1566, przy 1110 w produktach konwencjonalnych.
- Liczba symboli „E” (substancji dodatkowych) również przeważała na korzyść żywności przetworzonej roślinnie.
Czy należy panikować?
Zanim jednak wyrzucicie wszystkie roślinne burgery do kosza, zatrzymajmy się na chwilę. Eksperci zaznaczają, że obecność większej liczby dodatków nie oznacza automatycznie zagrożenia dla życia. Większość z nich przechodzi surowe testy bezpieczeństwa.

Warto jednak zadać sobie pytanie: dlaczego produkt „roślinny” potrzebuje tak długiej listy wspomagaczy? Często to właśnie technologia żywności musi pracować na pełnych obrotach, aby odwzorować teksturę mięsa czy smak nabiału, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Jak nie dać się nabrać w sklepie?
Moja rada? Przestańcie patrzeć tylko na marketingową stronę opakowania z napisem „vegan” czy „fit”. Najważniejsza jest lista składników na odwrocie. Jeśli czytając ją, masz wrażenie, że to lekcja chemii, a nie przepis na obiad – odłóż produkt na półkę.
Szukajcie produktów z krótkim, czytelnym składem. Najlepiej działają zamienniki domowej roboty – choćby pesto wykonane samodzielnie w domu zawsze przebije to ze sklepowego słoika pod każdym względem.
A Wy jak często czytacie etykiety produktów wege przed wrzuceniem ich do koszyka? Zwracacie uwagę na liczby „E” czy ufacie etykietom z przodu opakowania?