Kiedy w ciągu zaledwie 72 godzin z wioski olimpijskiej znika 10 000 prezerwatyw, świat sportu wstrzymuje oddech. To nie jest scenariusz filmu dla dorosłych, ale rzeczywistość ostatnich igrzysk, gdzie niemal 3000 sportowców rzuciło wyzwanie nie tylko rywalom, ale i stereotypom dotyczącym celibatu. Przez lata wmawiano nam, że "oszczędzanie energii" to klucz do złota, ale nauka mówi dziś coś zupełnie innego.
Mit o słabych nogach odchodzi do lamusa
Długo wierzono, że zbliżenie przed startem to prosta droga do porażki. Stare badania sugerowały, że aktywność seksualna obniża wydolność, jednak najnowsze testy przeprowadzone na mężczyznach w 2022 roku całkowicie to obaliły. Naukowcy nie znaleźli żadnego potwierdzenia teorii, jakoby seks wieczorem przed zawodami negatywnie wpływał na siłę mięśni czy kondycję płuc.
Co więcej, eksperci coraz częściej widzą w tym "naturalny doping" dla psychiki. W środowisku, gdzie presja potrafi zmiażdżyć nawet najtwardszych zawodników, chwila intymności działa jak zawór bezpieczeństwa.
- Eksplozja dopaminy: Hormon ten odpowiada nie tylko za przyjemność, ale przede wszystkim za motywację i chęć zdobywania nagród.
- Redukcja stresu: Seks to szybki sposób na obniżenie kortyzolu, co pozwala zasnąć bez wspomagaczy w noc przed wielkim finałem.
- Zastrzyk pewności siebie: Seksolog Carol Queen twierdzi, że udana "przygoda" dodaje sportowcom wigoru, którego nie zastąpi żaden napój energetyczny.
Mózg jak najlepiej wyposażona apteka
Neurolog Nan Wise zauważa, że nasze mózgi podczas stymulacji seksualnej produkują koktajl substancji, które działają lepiej niż suplementy. Dla sportowca cierpiącego na bezsenność z powodu lęku przed startem, orgazm może być najzdrowszym lekarstwem. Lepszy sen to lepsza regeneracja, a to w Warszawie czy w Paryżu zawsze przekłada się na lepsze wyniki.

Kiedy seks może jednak zaszkodzić?
Ale uwaga, jest pewien haczyk. Psycholodzy podkreślają, że nie sam wysiłek fizyczny jest problemem, a emocjonalne tło spotkania. Seks może dekoncentrować w kilku konkretnych przypadkach:
- Gdy spotkanie okazuje się rozczarowaniem i obniża nastrój zawodnika.
- Gdy sportowiec czuje presję ze strony otoczenia lub ma negatywne podejście do takich zbliżeń.
- Gdy zamiast na strategii wyścigu, zawodnik zaczyna skupiać się wyłącznie na "miłosnych podbojach".
W praktyce jednak osoba, która dotarła na poziom olimpijski, posiada dyscyplinę ze stali. Trudno uwierzyć, by jedna upojna noc nagle wymazała lata treningów. To raczej forma ucieczki, krótki moment normalności w świecie rygorystycznych diet i morderczych ćwiczeń.
Moja rada: Jeśli przygotowujesz się do maratonu w Gdańsku czy ważnego turnieju, słuchaj własnego ciała. Jeśli bliskość pomaga Ci zasnąć – nie walcz z tym. Jeśli jednak czujesz, że potrzebujesz całkowitego odcięcia się od świata, by wejść w "tryb bestii" – zostań przy książce.
A jak Wy uważacie? Czy sportowcy powinni skupić się wyłącznie na wynikach, czy może szczypta endorfin to właśnie to, co pozwala im bić rekordy? Dajcie znać w komentarzach!