W ostatnich dniach widok ludzi koczujących nocą pod galeriami handlowymi w Warszawie czy Poznaniu wrócił do łask. Wszytko za sprawą premiery, która zelektryzowała świat zegarków – nowej kolekcji stworzonej we współpracy Swatch oraz Audemars Piguet.

Kiedy marki łączą siły, zazwyczaj kończy się na ciekawym dizajnie, ale tym razem mamy do czynienia z czymś, co wywołało prawdziwy chaos. Jeśli zastanawiasz się, dlaczego ludzie są gotowi zapłacić 400 euro za zegarek, który nie służy tylko do noszenia na nadgarstku, czytaj dalej.

To nie jest zwykły zegarek do codziennego użytku

Kolekcja Royal Pop to hołd dla zegarkowego dziedzictwa. Projektanci zainspirowali się modelem Royal Oak, który zadebiutował w 1972 roku, łącząc go z energią linii Swatch POP z lat 80. Co ciekawe, te modele nie są typowymi zegarkami naręcznymi.

  • Wielofunkcyjność: Możesz nosić go na szyi, przypiąć do torebki albo po prostu do kieszeni.
  • Sercem urządzenia jest SISTEM51: To jedyny na świecie mechaniczny werk, którego montaż jest w 100% zautomatyzowany.
  • Energia na 90 godzin: Dzięki sprężynie opracowanej wspólnie z Audemars Piguet, czasomierz pracuje bez zarzutu przez niemal cztery doby bez nakręcania.

Wszystko kręci się wokół liczby osiem

Marka nie rzuca słów na wiatr. Wybór tej konkretnej liczby modeli nie jest dziełem przypadku. W konstrukcji tych zegarków liczba osiem jest kluczem do sukcesu – taką liczbę boków ma charakterystyczna koperta, o tyle śrub opiera się konstrukcja Royal Oak, a sama seria posiada osiem patentów technicznych.

Dlaczego przed sklepami Swatch ustawiły się kolejki warte 400 euro - image 1

Modele dzielą się na dwie grupy:

Wersja Lépine (385 €): Koronka znajduje się na godzinie 12, a tarcza jest czysta i minimalistyczna.

Wersja Savonnette (400 €): Z koronką umieszczoną na godzinie 3 i dodatkową małą tarczą sekundnika na dole.

Czy warto stać kilka godzin w kolejce?

W polskich galeriach takich jak warszawskie czy krakowskie centra handlowe, zamieszanie było spore. Ludzie ustawiali się w kolejki już wczesnym rankiem. Wygląda na to, że rynek kolekcjonerski w Polsce wciąż ma się dobrze, nawet jeśli musimy wydać równowartość niemal 1800 złotych za dodatek, który bardziej przypomina jubilerską biżuterię niż klasyczny zegarek.

Moja rada: Jeśli planujesz zakup, sprawdź dostępność w autoryzowanych butikach premium. Nie daj się skusić ofertom z „drugiej ręki” sprzedawanym z ogromną przebitką – te zegarki to przede wszystkim emocje i design, a nie tylko liczby na metce.

A Ty, zapłaciłbyś tyle za zegarek, którego nie nosi się na ręce, czy uważasz, że kolekcjonerskie szaleństwo zaszło już za daleko?