Większość z nas wyobraża sobie dietę sportowca na igrzyskach jako rygorystyczny zestaw jałowych produktów. Tymczasem tegoroczne emocje w Mediolanie i Cortinie przeniosły się z lodowisk prosto do... stołówki. Amerykański curler Ben Richardson udowodnił, że to, co ląduje na talerzu mistrza, interesuje świat bardziej niż sam wynik sportowy.

Ravioli na celowniku miliona widzów

Zauważyłem, że w dobie perfekcyjnych zdjęć na Instagramie, najbardziej tęsknimy za szczerością. Richardson nie bawił się w uprzejmości i zaczął oceniać olimpijskie menu w skali od 1 do 10. Jego recenzja ravioli z sosem pomidorowym i pesto, którą obejrzało już prawie 3 miliony osób, pokazuje, że nawet na szczycie sportowego świata walka o odpowiednią ilość sera jest realnym problemem.

  • Pizza z szynką: Mocne 8/10, co w ojczyźnie pizzy jest wynikiem powyżej oczekiwań.
  • Gnocchi ziemniaczane: Absolutny hit bez ani jednej uwagi krytycznej.
  • Croissant z Nutellą: Słodki finał z notą 8,8, który stał się viralem tuż przed końcem igrzysk.

Nie tylko curlerzy zostali krytykami

W mojej pracy redaktora rzadko widzę, by sportowcy tak chętnie obnażali kulisy swojego życia. Ale Richardson nie jest sam. Aerin Frankel, bramkarka hokejowej reprezentacji USA, zamiast skupiać się tylko na krążku, prowadzi profil poświęcony... sałatkom Cezar. Śledzenie ich kulinarnych podbojów daje nam, kibicom, poczucie, że ci nadludzie są tacy sami jak my — cieszą się z dobrego cappuccino i narzekają na zbyt mało wyrazisty sos.

Dlaczego olimpijczycy zamiast o medalach, opowiadają o jedzeniu w wiosce - image 1

Warto zauważyć, że mimo sporej dawki krytycyzmu (jak 6,7 pkt dla wspomnianego ravioli), ogólny obraz olimpijskiej kuchni w 2026 roku wypada zaskakująco dobrze. To nie są już tylko kalorie, to doświadczenie kulinarne, które potrafi przyćmić stres przed startem.

Lekcja dla każdego z nas

Czego możemy się z tego nauczyć? Nawet jeśli nie trenujesz rzutu kamieniem po lodzie, możesz zastosować zasadę olimpijskiej oceny w swojej kuchni. Zamiast jeść w biegu, zacznij oceniać swoje posiłki. To zmienia podejście do diety i sprawia, że zaczynamy celebrować każdy kęs, zupełnie jakbyśmy byli w sercu włoskich Dolomitów, a nie przy biurku w Warszawie czy Krakowie.

A Ty, jak oceniłbyś swój dzisiejszy obiad w skali Richardsona? Czy zasłużył chociaż na solidne 7/10, czy może brakowało mu tego legendarnego "ekstra sera"?